czwartek, 31 lipca 2014

Zieleń, cisza i spokój




















Mam to szczęście, że dzieciństwo spędziłam na wsi i jeszcze większe szczęście, że stuletni dom w którym się wychowałam dalej stoi i często do niego wracam. To mój sposób na odcięcie od codzienności. 
Takie odcięcie, którego nie osiągnę w swoim mieszkaniu, nawet jeśli się w nim zabarykaduję. Nie odnajdę go wyłączając komputer, telefon i telewizor. Nie uda mi się to, nawet podczas wakacji nad morzem 
czy w górach.

Na wsi znajduję ten rodzaj spokoju, którego źródłem jest cisza, świeże powietrze, ale przede wszystkim wspomnienia cudownie spędzonych lat.

Chociaż jestem bardzo blisko, czuję jakbym była na drugim końcu świata i uwielbiam to uczucie.

W tym miejscu życie wydaje się łatwiejsze, a problemy mniejsze. Tu nie mam tzw. „weny”, 
nie snuję planów, nie rozmyślam. Wyłączam się. 






















Macie, tak jak ja, swoją pustelnię? Lubicie się resetować?
pozdrawiam, Dos.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Pierwsze wrażenie: Siquens Prevention, Siquens MedExpert

Kontynuując temat moich nowości pielęgnacyjnych, zapraszam na post o dwóch kremach marki Siquens.

W notce o Dermice wspomniałam, że korzystając z promocji w Superpharm postanowiłam zmienić swoją pielęgnacyjną rutynę. Prócz Meritum, w moim koszyku wylądowały produkty Siquenskrem na noc z serii Prevention i krem przeciwko niedoskonałościom skóry z serii MedExpert.




















Krem na noc Siquens Prevention, jak informuje producent, zapobiega procesom starzenia się skóry. Ma za zadanie intensywnie odżywić skórę, zlikwidować oznaki zmęczenia i korygować zmarszczki mimiczne. Jest przeznaczony do każdego rodzaju cery.
Cena 50 ml opakowania kremu kształtuje się w granicach od 35 do 60 zł w zależności od apteki (produkty tej marki, dostępne są jedynie w aptekach). Ja za swój egzemplarz zapłaciłam 27,49 zł. 




















Pierwsze na co zwracam uwagę, podczas zakupów opakowanie. Siquens ma czarno-białą szatę graficzną z drobnymi elementami kolorystycznymi, które mają na celu odróżnienie poszczególnych serii. Sam słoiczek Siquens jest zrobiony z ciężkiego plastiku, imitującego szkło. Z racji swoich dużych rozmiarów jest dla mnie niewygodny w trzymaniu.




















Skład: aqua, ceteryl ethylhexanoate, cyclopentasiloxane, cetyl alcohol, alcohol/onopordum acanthium flower/leaf/stem extract, glycerin, propylene glycol/glycerin/hydrolyzed caesalpinia spinosa gum, makadamia interfolia seed oil/tocopherol, glyceryl stearate citrate, dimethicone, panthenol, glycerin/butylene glycol/carbomer/polisorbate 20/palmitoyl oligopeptide/ palmitoyl tetrapeptide-7, propylene glycol,/sodium hyaluronate, askorbyl tetraisopalmitate, polyacrylamide/hydrogenated polydecene/laureth-7, retinylpalmitate, disodium edta, tocopherol, benzyl alkohol/methylchloroisothiazolinone/methylisothiazolinone, lactic acid, bha, parfum/benzyl salicylate.

Krem ma kolor naturalnego jogurtu i intensywny zapach, który po nałożeniu na twarz szybko ulatuje. Nie jestem zadowolona z konsystencji produktu, ponieważ krem jest bardzo rzadki. Przy pierwszym użyciu słoiczek wypadł mi z ręki i krem wylądował w umywalce, a że jestem oszczędna, to zebrałam go z umywalki i wrzuciłam  z powrotem  do opakowania, ale niesmak pozostał;)
Aplikacja Siquens przebiega sprawnie, z racji swojej wodnistej formuły, krem dość szybko się wchłania, pozostawiając na twarzy delikatny film. Po kilku użyciach mogę stwierdzić, że rano moja twarz na jednolity koloryt, wygląda na wypoczętą, nie odczuwam ściągnięcia skóry. Mam nadzieję że przy dalszym stosowaniu taki efekt będzie się utrzymywał. Właściwości przeciwzmarszczkowe ocenię po zakończeniu opakowania.

Na koniec zostawiłam moje największe odkrycie - Siquens MedExpert krem przeciwko niedoskonałościom skóry. Jak informuje producent, produkt ma za zadanie redukować niedoskonałości 
i zwalczać przyczyny ich powstania. Zalecany osobom ze skłonnością do krostek, zaskórników i innych niedoskonałości, można go stosować zarówno na dzień, jak i na noc.  

Opakowanie zawierające 30 ml kremu kosztowało mnie 15 zł. W aptekach internetowych produkt 
jest dostępny w przedziale cenowym 20-35 zł.
Krem znajduje się w tubce, dzięki temu możemy aplikować nawet niewielką ilość kremu, sprawdza się 
to w punktowym stosowaniu.  Krem jest gęstszy od wcześniej opisywanego Prevention, ale podobnie łatwo się rozprowadza i szybko wchłania.




















Skład: Aqua, Cetearyl Ethylhexanoate, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Isohexadecane, Butylene Glycol / Alomnd Oil PEG-6-Esters / Caprylyl Glycol / Glycerin / Carbomer / Nordihydroguaiaretic Acid / Oleanolic Acid, Butylene Glycol / Enantia Chlorantha Bark Extract / Oleanolic Acid, Glycerin, Propylene Glycol / Glycerin / Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa Gum / Caesalpinia Spinosa Gum, Macadamia Integrifolia Seed Oil / Tocopherol, Polyacrylamide / Hydrogenated Polydecene / Laureth-7, Glyceryl Stearate Citrate, Stearyl Alcohol, Magnesium Aspartate / Zinc Gluconate / Copper Gluconate / Calcium Gluconate, Dimethicone, Tocopherol, Disodium EDTA, Benzyl Alcohol / Methylchloroisothiazolinone / Methylisothiazolinone, Lactic Acid, Parfum / Benzyl Salicylate, BHA 

Zdecydowałam się na zakup tego kremu, ze względu na często pojawiające się krostki na czole i brodzie. Nie są to poważne problemy skórne, ale bywają uporczywe i nieestetyczne wyglądają.
Dotychczas kremu używałam punktowo, na noc. Muszę przyznać, że już po pierwszym użyciu widziałam redukcję krostek. Po 3 zastosowaniach czoło mam wygładzone, niedoskonałości są prawie niewidoczne
a przy tym nie zauważyłam przesuszenia skóry. Produkt zamierzam stosować awaryjnie, w przypadku pojawienia się „nieprzyjaciół”J

Przyznam, że zakupione kremy Siquens zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie i mam nadzieję, że dalej będą się dobrze sprawdzać.
Czy drastyczna zmiana kremów do pielęgnacji twarzy wyjdzie mi na dobre? To się okaże za kilka miesięcy.





















Używałyście kosmetyków Siquens? 

pozdrawiam,
Dos.

piątek, 25 lipca 2014

Pierwsze wrażenie: Dermika Meritum krem nawilżająco-matujący z optycznym reduktorem połysku skóry

Dłuższy czas planowałam zmianę kremów do pielęgnacji twarzy. Kilka lat byłam wierna firmom Olay i Alterra, ale moja cera już się do nich przyzwyczaiła albo stała się bardziej problematyczna i przestałam widzieć efekty. Skuszona promocjami w Superpharm zakupiłam trzy, nieznane mi wcześniej, kremy. Jestem po kilku dniach używania i chciałabym podzielić się z Wami moim pierwszym, dość mieszanym, wrażeniem. Dziś post o kremie Dermika z serii Meritum.




















Dermika jest jedną z tych firm kosmetycznych, o których jest bardzo cicho. Niby widuję jej produkty 
w drogeriach, chociażby w Rossmannie, ale prawdę mówiąc ich wysoka cena (jak na kosmetyki rossmannowe) i brak opinii na temat działania, skutecznie mnie zniechęcały do zakupu.

Nawilżająco-matujący krem Dermiki jest przeznaczony dla cery normalnej i mieszanej ze skłonnością 
do świecenia w strefie T. Możemy go stosować zarówno na dzień jaki i na noc. Producent informuje, 
że krem zawiera: 
- optyczny regulator połysku skóry, którego cząsteczki pochłaniają nadmiar sebum,
- wyciąg z lotosu, 
- składniki NMF zwiększające zawartość wody w naskórku i zapobiegające jego odwodnieniu.
Krem ma za zadanie pielęgnować i nawilżać cerę, dając matujący efekt w obszarach z tendencją 
do świecenia się. 

Swój egzemplarz Dermiki kupiłam za 19,90 zł. Regularna cena kremu w sklepach stacjonarnych, kształtuje się w granicach 40-60 zł, w Internecie jest do zdobycia już za 30-40 zł.
Tym co spodobało mi się od razu, jest opakowanie. Krem kupujemy w zafoliowanym kartoniku o bardzo klasycznej i prostej grafice. W środku oprócz produktu znajdujemy ulotkę z opisem całej serii Meritum. Słoiczek, w którym znajduje się krem jest szklany, masywny, a przy tym elegancki.






































Skład: aqua, cetyl alcohol, glycerin, macadamia integrifolia seed oil, propylene glycol dicaprylatae/dicaprate, ceteareth-25, peg-4 olivate, vitis vinifera seed oil, methyl methacrylate crosspolymer, propylene glycol, caprylic/capric trigyceride, glyceryl polymethacrylate, persea gratissima oil, phytosterols, olea europaea fruit oil, nelumbo nucifera flower extract, butylene glycol, dimethicone, tocopheryl, acetate, aleuritic acid, laminaria ochroleuca, extract, yeast extract, glycoproteins, ascorbyl palmitate, tocopherol, ascorbic acid, citric acid, peg-8, carbomer, disodium edta, triethanolamine, methylparaben, propylparaben, diazolidinyl urea, parfum, benzyl salicylate, geraniol, hexyl cinnamal, hydroxycitronellal, buthylphenyl, methylpropional, limonene, linalool, hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde

Krem Dermika Meritum jest gęsty i niewiele go potrzeba do pokrycia twarzy, wydaje się wydajny. Zapach ma delikatny i szybko wietrzeje na skórze, co uważam za plus.
Dermikę stosuję na dzień, pod makijaż. Co mogę napisać po kilku użyciach? Rozprowadza się dobrze 
i przyzwoicie wchłania. Po użyciu kremu nie mam problemu z nałożeniem czy rolowaniem podkładu.
Działania nawilżającego jeszcze nie zauważyłam, przesuszenia też nie czuję, ale zwróciłam uwagę, 
że po demakijażu moja skóra jest napięta bardziej niż zwykle. W dłuższej perspektywie okaże się, czy to nie jest oznaka wysuszania.
Jeśli chodzi o właściwości matujące, to na razie, nie jestem z nich zadowolona. Na krem nakładam Rimmel Lasting Finish, po którym moja twarz świeci się okropnie. Dermika daje sobie radę z podkładem 
ok. 2 godziny, potem skóra zaczyna błyszczeć. W kolejnych dniach wypróbuję inne podkłady i sprawdzę efekty.

Oczywiście jest jeszcze za wcześnie żebym mogła polecić czy odradzić krem Dermiki. Dzisiejszy wpis traktuję jako wstęp do pełnej recenzji, która pojawi się za kilka miesięcy.
 Swoją drogą, lubicie notki typu „pierwsze wrażenie”? Ja lubię je czytać, a  potem kontrastować 
z ostateczną opiniąJ
A może używałyście kremu Dermiki?

W poniedziałek zapraszam na wpis o moich nowościach z Siquens.




















pozdrawiam,
Dos.

środa, 23 lipca 2014

„Dziś są twoje urodziny...”

Każdego dnia ktoś obchodzi urodziny [Thak you Captain Obvious!], a tak się składa, że dziś to ja kończę kolejny rok życia.




















Urodziny są dla mnie dniem podobnym do sylwestra. Dniem, kiedy myślę o tym jak minął rok, co się wydarzyło, a czego zabrakło. Dniem planowania i nadziei, że za rok będzie lepiej.

I tak siedzę i myślę o tym co było.
Poprzedni rok rozpoczął się cudownym wyjazdem nad morze, ale po powrocie dowiedziałam się, że muszę w ciągu dwóch tygodni wyprowadzić się z mieszkania, które wynajmowałam kilka lat. Na szczęście znaleźli się dobrzy ludzie, którzy mnie przygarnęli na czas poszukiwania nowego lokum. Po sierpniowym urlopie wróciłam do codzienności. Wrzesień i październik upłynęły bardzo pracowicie, a listopad i grudzień stresująco, bo zmieniałam pracę. Rok 2014 zaczęłam pełna energii i zapału. Nowa praca i nowy projekt pochłonęły mnie tak bardzo, że ocknęłam się dopiero w maju. Projekt się zakończył, przyszły spokojniejsze dni, a ja zorientowałam się, że po drodze zgubiłam siebie, zapomniałam że istnieje życie prywatne i zraniłam wiele osób, które były jego częścią. W takim smutku przywitałam czerwiec. Pomyślałam, że muszę coś zmienić, znaleźć odskocznię i tak powstał blog.
Nie piszę tego żeby się pożalić, bo w gruncie rzeczy moje życie jest piękne. Tylko czasem gubię priorytety.

Przechodząc do sedna.
Właśnie dziś chciałabym Wam, moi Drodzy Czytelnicy, podziękować. Za odwagę, za cierpliwość, za obecność, za każdy komentarz i za każdą obserwację. 
Z okazji moich urodzin życzę Wam samych dobrych wrażeń podczas kolejnych odwiedzin mojego bloga

PS. Dla niezorientowanych w polskich szlagierach muzycznych. Tytuł posta pochodzi z piosenki Ryśka Rynkowskiego "Urodziny":)


pozdrawiam,
Dos.

wtorek, 22 lipca 2014

Ostatnio na paznokciach. Wibo, Sephora, Life

Zapraszam na post o moich wyczynach na paznokciach. Przy okazji przedstawię kilka lakierów, których ostatnio używałam, będzie krótko i treściwie. 

Tego lata często używam lakieru Wibo, z serii Summer Extreme Nails, o numerze 527. Dostępny w Rossmann w cenie ok. 5-6 zł. 

Wibo Summer Extreme Nails 527
























Na zdjęciu tego nie widać, ale lakier na paznokciu wydaje się ciemniejszy i intensywniejszy niż w butelce. Sam kolor urzekł mnie od pierwszego zobaczenia, ale z emalią pracuje się ciężko, ponieważ jest dosyć rzadka i tworzy smugi. Do całkowitego krycia potrzebujemy 2-3 warstw. Na moich paznokciach utrzymuje się 2-3 dni.

Wibo SEN w klasycznym wydaniu wygląda przeciętnie, dlatego postanowiłam go „stuningować”, nakładając matowy top Lovely. 

Wibo Summer Extreme Nails 527 + Lovely Matte Top Coat



















Efekt bardzo mi odpowiada. Kolor stał się spokojniejszy, a smugi nieco mniej widoczne. Trwałość lakieru nie zmieniła się, niestety mat wyciera się szybko (1-2 dni), szczególnie na końcówkach.

Kolejnym lakierem, który ostatnio gościł na moich paznokciach jest Expert Manicure Sephory w kolorze 22 Vibrant Coral. Kupiłam go niedawno, na wyprzedaży, w cenie 5,90 zł (standardowo kosztuje 29 zł).

Sephora Expert Manicure 22



















Na zdjęciach nie byłam w stanie uchwycić faktycznego koloru - ciemnego fuksjowego różu. Lakier bardzo polubiłam za trwałość, cztery dni bez odprysków, to  u mnie bardzo długo. Do pełnego krycia wystarczy jedna, góra dwie warstwy emalii. Regularna cena lakierów Sephory jest dosyć wysoka, ale podczas przecen można tanio zdobyć dobry lakier, więc polecam. 

Parę dni temu, za sprawą lakieru Life, na moich paznokciach zagościły po raz pierwszy kropki. Lakiery Life są dostępne w Superpharm. W serii Kropki mamy kilka lakierów, ja prezentuję kolor 01. Za buteleczkę o pojemności 5,5 ml zapłaciłam 5 zł.

Life Kropki 01



















Do mojego manicure, jako lakier bazowy użyłam Sally Hansen No Chip w kolorze 25 Lasting Lily. Nie polecam tego produktu! Jest rzadki, robi potworne smugi, potrzeba 3 i więcej warstw dla uzyskania ładnego efektu, ale najgorszą wadą tego lakieru jest kilkugodzinny czas wysychania.
Na 3 warstwy bazy nałożyłam 2 pociągniecia kropkowego topu. Przeważają w nim białe drobinki o różnych wielkościach, przemieszane z pomarańczowym i niebieskim brokatem.
Nie jestem fanem brokatu i drobinek, a ten lakier polubiłam, za delikatny efekt i pastelowe kolory. Jedynym minusem jaki zauważyłam, to zmywanie kropek. Trzeba się pomęczyć, żeby usunąć ten lakier z paznokci. 

A jakich lakierów Wy ostatnio używałyście?
Macie swoich letnich ulubieńców?


pozdrawiam, Dos.

sobota, 19 lipca 2014

W mojej kosmetyczce: Maxfactor 2000 Calorie Curved

Follow my blog with Bloglovin
Kontynuując temat z wczorajszej notki, dziś zapraszam na recenzję tuszu do rzęs Maxfactor 2000 Calorie Curved.

Maxfactor 2000 calorie curved




















Tusz 2000 Calorie używam kilka lat, od momentu kiedy pojawiła się wersja pogrubiająca i podkręcająca. To jeden z niewielu produktów makijażowych, do których wracam regularnie.
2000 Calorie znajduje się w niepozornym, prostym i poręcznym opakowaniu. Tusz uzbrojony jest w klasyczną szczoteczkę z włosiem, dodatkowo wygiętą w łuk. Jest wygodna w użyciu, lekko rozprowadza tusz i dobrze dozuje. 
























Zwykle nakładam dwie warstwy tuszu, dzięki czemu moje rzęsy są ładnie podkręcone i pogrubione. Jeśli potrzebuję mocniej podkreślić oko, dokładam kilka warstw, ale nie radzę przesadzać. Efektu sztucznych rzęs nie otrzymamy tą maskarą. Po użyciu 2000 Calorie mam wrażenie, że rzęsy są „uczesane”, ładnie oddzielone, a dzięki podkręceniu stoją w jednym rzędzie. Dla mnie to bardzo ważne, ponieważ moje rzęsy mają tendencję do opadania, czego nienawidzę.

Tusz nie jest wodnisty. Nawet zaraz po zakupie, jest na tyle gęsty, że wygodnie się aplikuje, z drugiej strony nigdy mi się nie zdarzyło, żeby wysechł przed zakończeniem opakowania. Wydajność oceniam na dobrą – 2000 Calorie wystarcza mi na kilka miesięcy. Utrzymuje się cały dzień, nie kruszy, nie spływa. Zaletą tuszu jest również bezproblemowe zmywanie.

Moje oko bez tuszu...

... i tuszem Maxfactor 2000 Calorie Curved


Maxfactor 2000 Calorie Curved to mój ulubieniec, nie znajduję w nim żadnych minusów. Polecam wszystkim. Idealnie sprawdza się do dziennego makijażu, daje naturalny efekt i jest stosunkowo tani. Standardowo kosztuje ok. 30 zł, ale w promocji można go nabyć za ok. 20 zł.

A Wy, jakie macie ulubione tusze do rzęs?


pozdrawiam, Dos.




piątek, 18 lipca 2014

W mojej kosmetyczce: L’Oreal Telescopic I Promocja 1+1 Drogerie Natura

Dziś bez zbędnego wstępu zapraszam na recenzję tuszu do rzęs L’Oreal Paris Telescopic.

Mascara Telescopic



















Do Telescopic mam ogromny sentyment. Pierwszy egzemplarz tego tuszu zakupiłam jak miałam 19 lat, za pierwszą wypłatę:) Jestem wierna klasycznej wersji tego produktu w złotym opakowaniu. Co do opakowania: niestety nie jest zbyt wysokiej jakości i bardzo szybko rysuje się, przez co nieestetycznie wygląda.

Według producenta Telescopic ma za zadanie wydłużyć nasze rzęsy o 60% i precyzyjnie je rozdzielić, efekty ma zapewnić elastyczna szczoteczka High-Precision BrushJest ona gumowa i bardzo charakterystyczna. Ma cztery rzędy wypustek które sprawiają, że wygląda jakby miała kwadratowy przekrój. Początkowo może sprawiać problemy. Mi zdarzało się, brudzić linię wodną rzęs, a czasem wypustki lądowały w oku (ale może to być wina mojej ślepoty:). Trzeba czasu żeby nauczyć się obsługiwać tą szczoteczką.






















Telescopic jest dosyć rzadki, przy pierwszych użyciach potrafi odbijać się na powiece. W miarę używania tężeje i wtedy znacznie łatwiej się go aplikuje. Zwykle nakładam 2 warstwy tuszu. Rzęsy stają się widocznie wydłużone, mają ładny czarny kolor (ale nie jest bardzo intensywna, głęboka czerń).
Niestety mimo zapewnień L’Oreala, Telescopic skleja moje rzęsy. Żeby ładnie nałożyć tusz nie wystarczy „machnąć” dwa razy ręką, Telescopic trzeba nakładać precyzyjnie. Jest to dla mnie dosyć uciążliwe. Używam tej maskary na co dzień, zdaża mi się malować w pośpiechu i wtedy nie celebruję nakładania tuszu na rzęsy.
Produkt jest trwały, utrzymuje się cały dzień, nie kruszy się, nie spływa z rzęs. W tej chwili wydajności nie jestem w stanie ocenić, bo używam tusz nieregularnie. 

A teraz, uwaga! Moje rzęsy nago...



... i z L'Oreal Telescopic


Telescopic lubię i często do niej wracam, ale uważam, że ma zbyt wygórowaną cenę. W drogeriach stacjonarnych musimy zapłacić za niego 50 zł lub więcej. W sklepach internetowych nabędziemy go już za 30 zł. Jeszcze kilka lat temu Telescopic był moim ulubieńcem, teraz moje rzęsy są nieco cieńsze i potrzebują nie tylko wydłużenia, ale również pogrubienia.  Maskarę polecam osobom, które oczekują efektu wydłużenia, ale przy tym mają dosyć grube rzęsy, wtedy efekt na pewno będzie zadowalający.

Jutro zapraszam na post o tuszu, który zdeklasował L’Oreal  Telescopic, w moim makijażu.

A Wy, używałyście tego tuszu? Co o nim sądzicie?

PS. W Drogeriach Natura od wczoraj do 23. lipca obowiązuje promocja 1+1 na cienie, kredki do oczu i eyelinery. Kupujesz jedną sztukę, drugą w tej samej cenie lub tańszą bierzesz za grosz. Ja już byłam i skorzystałamJ

Źródło: klik


pozdrawiam, Dos.




czwartek, 17 lipca 2014

Cel: zwiększenie objętości włosów.Wellaflex i L'Oreal Elseve Fibralogy

Dziś pierwsza część postu o sposobach na zwiększenie objętości włosów – a w niej recenzja szamponu L'Oreal Elseve Fibralogy oraz pianki i lakieru Wellaflex. Druga część pojawi się za jakiś czas i opiszę tam swoje opinie o naturalnych sposobach na bujną fryzurę. 























Od niedawna (po przygodzie z rozjaśniaczem Joanna) mam krótkiego boba, który wymaga ode mnie nieco pracy. Moje włosy są ciężkie, jest ich dużo i nie chcę żeby były przylizane, dlatego szczególną uwagę zwracam na objętość fryzury.

Pierwszym krokiem do zwiększenia objętości jest odpowiedni szampon. Szamponów nadających objętość jest na rynku dużo, więc jest w czym wybierać. Stosowałam produkty różnych firm i większość działa podobnie. Potrafią w mniejszym lub większym stopniu dać efekt zwiększonej objętości, ale przy dłuższym stosowaniu mogą przesuszać.

 Dziś zakończyłam duże opakowanie L'Oreal Elseve Fibralogy Ekspansja gęstości, którego producent obiecuje nam natychmiastowy i wyczuwalny efekt grubszych włosów. 

szampon fibralogy

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Coco-Betaine, Sodium Lauryl Sulfate, Sodium Chloride, Glycol Distearate, Hexylene Glycol, Lactic Acid, Alcohol Denat., Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium Hydroxide Aminopropyl Triethoxysilane, Polyquaternium-30, Limonene, Linalool, Carbomer, Citronellol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Parfum/Fragrance

Kiedy używałam szampon Fibralogy na długich włosach, kompletnie się nie sprawdził. Włosy nie miały połysku, u nasady pozostawały przyklapnięte i dosyć szybko się przetłuszczały. Pozostałe partie włosów wysuszał, do tego stopnia, że po kilkunastu użyciach wyglądały jak siano. Przy krótkiej fryzurze szampon spisał się nieco lepiej. Połysku nadal nie było, ale zauważyłam zwiększoną objętość.
Plusy? Ładne opakowanie, przyjemny zapach, dobra konsystencja. Nie plącze włosów, dobrze się spłukuje, ma przyzwoitą cenę (ok. 10-12 zł za 400ml w promocji) i dostępność.
Nie kupię Elseve Fibralogy ponownie, ale jeśli ktoś ma krótkie i lekkie włosy, to może będzie zadowolony. Długowłosym odradzam.

Kolejnym produktem, który stosuję dla zwiększenia objętości włosów, jest pianka. To moje odkrycie ostatnich miesięcy. Długo nie mogłam się przekonać do pianek, w końcu trafiłam na Wellaflex 2-dniowa objętość.

pianka wellaflex 2 dni objętości
 Skład: Aqua, Propane Butane, PVP, VP/VA, Copolymer, Isobutane, Chitosan, Phenoxyethanol, Polyquaternium-16, Formic Acid, Disodium EDTA, Polyquaternium-4, Methylparaben, Laureth-4, Cetrimonium Chloride, Parfum, Linalool, Hexyl Cinnamal, Limonene, Citronellol, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Polyaminopropyl Biguanide.

Po każdym umyciu nakładam piankę na mokre włosy. Po zastosowaniu produktu włosy są uniesione, sprężyste, nieco łatwiej się układają. Co ważne Wellaflex 2-days-volume nie czuć na włosach, nie skleja ich ani nie przetłuszcza. Efekt podniesienia utrzymuje się do dwóch dni . Produkt jest wydajny, przy mojej długości włosów wystarczy „jedna dłoń” pianki. Aplikuje się łatwo, jest gęsta, nie spływa po ręce ani po włosach. Zapach ma typowy dla pianek, chemiczny, ale nie drażni i szybko ulatuje.
Z dostępnością produktu nie ma problemu, znajdziemy go w drogeriach, supermarketach itp. Cena: 10-15 zł. Ja swój egzemplarz zakupiłam W Rossmanie, podczas promocji kosztował 8.99 zł.

W serii Wellaflex znajduje się również mój ulubiony lakier do włosów Instant Volume Boost. Lakiery Wellaflex stosuję od kilku lat i jest według mnie są najlepszymi z drogeryjnych.

Lakier Wellaflex zwiększający objętość
 Skład: Alcohol Denat., Dimethyl Eter, Butyl Esterof PVM/Ma Copolymer, n-Butyl Alcohol, Aminomethyl Propanol, Glycerin, Aqua, Parfum, Triethyl Citrate, PEG-12, Dimethicone, Acrylates,  Acrylates/t-Butylacrylamide Copolymer, VP/VA Copolymer, Isopropyl Alcohol, Linalool, Hexyl Cinnamal, Limonene, Citronellol, Benzyl Salicytate, Butylphenyl Methylpropional

Wellaflex Instant Volume Boost ma za zadanie zwiększyć dwukrotnie objętość włosów bez ich sklejania. Faktycznie, lakier nie skleja mi włosów. Nie widać go, nie pozostawia hełmu, ale jest mocny i  dobrze utrwala fryzurę.  Dla uzyskania większej objętości pochylam głowę w dół i spryskuję włosy u nasady. Realnie oceniając efekt utrwalenia i podniesienia włosów utrzymuje się u mnie kilka godzin.
Aplikacja lakieru przebiega sprawnie. Opakowanie nie posiada przykrywki, co jest dla mnie bardzo wygodne, bo przykrywki lubią się turlać po podłodze i często giną. Zapach ma typowy dla lakierów, ale nie jest intensywny i szybko znika. Zwykle jedno opakowanie wystarcza mi na 2-3 miesiące, ale nie używam go codziennie. Cena opakowania, w którym znajduje się 250 ml produktu, to 10-15 zł. 


Pianka i lakier Wellaflex sprawdzają się u mnie bardzo dobrze. Widzę efekt, a nie czuję ich na włosach. Nie powodują przetłuszczania ani wysuszenia. Polecam, warto wypróbować.

A Wy używacie produktów zwiększających objętość włosów?
Dajcie znać, co warto wypróbować!

pozdrawiam, Dos.



poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozjaśnianie włosów sprayem Joanna Reflex Blond

Refleks blond Joanna

Temat rozjaśniacza w sprayu Joanny był poruszany na blogach już od dawna. W związku z tym, że mamy lato i wiele z nas decyduje się rozjaśnić włosy, postanowiłam dorzucić parę zdań do tej dyskusji. Produkt kupiłam wiosną, przetestowałam i mam kilka spostrzeżeń.
Zacznę od tego, że spray rozjaśniający włosy Reflex Blond Joanny jest bardzo tani. Buteleczkę o pojemności 150 ml zakupiłam w cenie 7,10zł, w drogerii „niesieciowej”. Spray można również nabyć przez Internet. Nie znalazłam tego produktu w Rossmanie ani w Drogerii Natura.
Opakowanie wizualnie nie jest porywające, ale jego funkcjonalność jest bez zarzutu. Plastik mocny, pompka działa sprawnie, a płyn nie wycieka z butelki.

Na poniższych zdjęciach możecie przeczytać jakie wskazówki i zapewnienia daje producent.

Reflex blond Joanna
































Rozjaśniacz zastosowałam dokładnie dziesięć razy. Spryskiwałam całą długość włosów najczęściej po myciu i tak jak zalecał producent, dla wzmocnienia efektu, suszyłam je suszarką. Aplikacja produktu nie sprawiała kłopotu, ale płyn może spływać po włosach dlatego warto pamiętać o rękawicach i ubraniu ochronnym.
W moim przypadku stosowanie sprayu nie powodowało plątania włosów. To co może być uciążliwe to zapach: nieprzyjemny, chemiczny i niestety po aplikacji czuć go na włosach przez kilka godzin.
Produkt ma dużą wydajność. Podczas stosowania, moje włosy sięgały za ramiona, a po 10 użyciach zostało jeszcze pół butelki.

Niestety nie posiadam zdjęć mojej czupryny przed rozjaśnianiem (to były czasy „przed blogiem”: ), wiec fotograficznego zestawienia "przed i po" nie zrobię i musicie mi uwierzyć na słowo. Moim wyjściowym kolorem był farbowany brąz. Efekt rozjaśnienia zaczęłam widzieć od 5 użycia, a po serii 10 użyć moje włosy stały się jaśniejsze o około jeden ton i mają w większości rude refleksy. Przyznaję, że liczyłam na lepszy rezultat, ale na opakowaniu wyraźnie zostało napisane, że przy moim kolorze włosów, nie mam co liczyć na spektakularne zmiany, więc nie mam o to żalu.

Problemem okazało się zniszczenie włosów. Miałam nadzieję, że produkt, który delikatnie rozjaśnia, będzie równie delikatnie obchodził się z włosami. Niestety w moim przypadku włosy wysuszyły się dosyć poważnie. Mimo stosowania odżywek i masek zaczęły się puszyć i stały się matowe. Na szczęście skóra głowy nie ucierpiała.
Niewątpliwym plusem rozjaśniacza w sprayu Joanny jest jego niska cena. Można niewielkim kosztem przekonać się czy spray sprawdzi się na naszych włosach.
Minusem jest działanie produktu. Trzy tygodnie pracowałam nad tym żeby uzyskać rozjaśnienie o jeden ton – jak dla mnie za długo, a po odstawieniu rozjaśniacza przez miesiąc doprowadzałam włosy do porządku. Powodem słabych efektów był mój ciemny kolor włosów, myślę że produkt najlepiej lepiej sprawdzi się u naturalnych blondynek. Mam wątpliwości, czy stosowanie sprayu na brązowych włosach ma sens. Chyba łatwiej, wygodniej i szybciej nałożyć zwykłą farbę.

PS
Zauważyłam, że w sklepach co jakiś czas pojawią się nowe produkty tego typu. Niedawno na rynku pojawił się spray rozjaśniający firmy Schwartzkopf, z serii Blond Ultime sygnowanej przez Claudię Schiffer. Działa na tej samej zasadzie co Joanna, rozjaśnia włosy do dwóch tonów, cena 20-30 zł. Dostępny jest też produkt o nazwie Casting Sunkiss - żel stopniowo rozjaśniający firmy L`Oreal Paris. W stosowaniu nie różni się od sprayów rozjaśniających, a zapłacimy za niego ok. 30 zł. 

Miałyście okazję próbować nowości od L’Oreala albo Schwartzkopf?
A może stosowałyście Joannę? Jakie macie odczucia?

Doss.

Starzeć się z godnością

Jestem w trakcie przygotowywania kolejnej notki kosmetycznej, ale żeby nie było monotematycznie, podzielę się z Wami krótką refleksją o starościJ

Każdy z nas stara się pielęgnować w sobie młodość. No dobrze, może nie każdy, ale ten kto przeżył chociaż ćwierć wieku, powoli zaczyna odczuwać upływ czasu i stara się z nim zawalczyć. A robimy to na różne sposoby.
Mój M. (wiek: bliskie okolice 30-stki) skrzętnie pielęgnuje w sobie dziecko grając w wolnych chwilach na playstation. Dzięki podłączeniu do internetu jego życie społeczne kwitnie. Ma wielu kolegów, których wirtualnie uśmiercił już kilkaset razy i czasem nawet piszą do siebie, tak po prostu, o życiu…
Kilka dni temu M., podczas jakże emocjonującej rozgrywki, ryknął śmiechem.
Dos.: o co Ci chodzi?
M.: Napisał mi, że musi kończyć, bo mu matka pada zabrała!
Dos.: To już wiem, po kogo zadzwonić, jak będziesz przesadzał z graniem.
Po chwili ciszy znowu zaczął się śmiać.
Dos.: Ciągle się z niego śmiejesz?
M. : Nie, tym razem z śmieję się z siebie.

Odmładzamy się bardziej lub mniej świadomie, a kiedy przychodzi moment refleksji uświadamiamy sobie, że pewne nasze zachowania są śmieszne, czasem desperackie, ale przede wszystkim niepotrzebne. Czasu nie da się oszukać.  




















pozdrawiam,
Dos.

piątek, 11 lipca 2014

Różowy lubię i szanuję

Zapraszam na lekki post na początek weekendu.

Od dłuższego czasu zdaję sobie sprawę, że różowy jest mi bardzo bliski, chociaż nie mogę powiedzieć, że jest to mój ulubiony kolor.

Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego właśnie różowy tak często wybieram, ale na potrzeby tego posta, poczytałam o tzw. psychologii koloru i tak oto dowiedziałam się, że różowy:
- to kolor osób odważnych i pewnych siebie, ale również, tych które szukają bliskości, miłości i zainteresowania.
- z jednej strony ma właściwości kojące nerwy i wyciszające, ale nie jest polecany osobom z problemami psychologicznymi i niedojrzałym emocjonalnie, bo potrafi przytłaczać i powodować złe samopoczucie.
- symbolizuje kobiecość, uczciwość, wrażliwość, ufność, ale też naiwność, słabość fizyczną i zniewieściałość.

Dużo zróżnicowanych znaczeń. Psychologia koloru to trudna dziedzina, a sposób w odbieramy poszczególne kolory to mieszanka nauki z naszym doświadczeniem życiowym.


Tyle teorii, a w praktyce kolor różowy od pudrowego do fuksji towarzyszy mi:

w kosmetyczce




















w łazience


w torebce

w szafie

w koszyku z biżuterią

A Wy macie taki kolor, który bardziej lub mniej świadomie wybieracie częściej niż inne?
W wolnej chwili rozejrzyjcie się po domu:) 

Udanego weekendu,
Dos.


PS
Przy produkcji tej notki korzystałam z informacji zawartych tu:
http://www.etworzenie.pl/kolorystyka-stron-www-psychologia-kolorow/#prawdziwa-psychologia-kolorow

http://www.kolory.yum.pl/rozowy.html
http://barwykolory.pl
http://www.kolorystyka.pl/roz.htm

środa, 9 lipca 2014

Tint Lipstick Be Beauty – mój nowy ulubieniec

Dziś zapraszam na notkę  o przypadkowym, makijażowym odkryciu.
Będąc ostatnio w Biedronce po …
tak,tak po suchy szampon Batiste;) zatrzymałam się przy kolorówce Be Beauty, gdzie w oko wpadły mi pomadki. Bez wielkiego entuzjazmu, wrzuciłam jedną do koszyka, a już po 15 minutach byłam pewna, że to był dobry zakup.

Tint Lipstick Be Beauty to, jak czytamy na opakowaniu, pomadka-balsam barwiąca usta. Cena, jak przystało na biedronkowe produkty, niska - 7,99 zł. Do wyboru mamy 3 kolory: czerwień, róż i pomarańcz. Ja kupiłam i prezentuję Wam kolor czerwony (numer 03).

Producentem pomadki jest firma Bell. Jakiś czas temu, też w Biedronce, widziałam Tint Lipstick Bell. Nie używałam go, ale poszperałam w Internecie i domyślam się że to ten sam produkt, tylko w innym opakowaniu.
Opakowanie proste, klasyczne, a plastik z którego jest wykonane, porządny. Nie ma obawy, że pęknie przy pierwszym upadku.
Pomadka ma zapach owocowy, po nałożeniu delikatnie wyczuwalny i niedrażniący nosa.
Kolor Tint Lipstick jest intensywny, ale lekko transparentny. Po jednym pociągnięciu uzyskujemy lekki połysk i delikatne zabarwienie. Kilka kolejnych ruchów i kolor nabiera mocy. Pomadka na ustach utlenia się, więc na efekt końcowy musimy chwilę zaczekać.
Be Beauty aplikuje się łatwo i nosi bardzo przyjemnie. Nie klei się, nie przyciąga kurzu, muszek i innych elementów latających w powietrzu. Po pomalowaniu nie zasycha i nie powoduje efektu maski na ustach. Gdybym miała metaforycznie opisać moje wrażenia to napisałabym, że Tint Be Beauty w delikatny, ale widoczny sposób uwydatnia naturalne piękno ustJ  
 Be Beauty Tint Lipstick nr 03. Na żywo kolor jest intensywniejszy.

Jestem zaskoczona trwałością - pomadka utrzymuje się ok. 4-5 godzin, w miarę upływy czasu połysk znika, ale kolor pozostaje.

Moje wrażenia, po kilku dniach używania Be Beauty są bardzo pozytywne. Świetnie wygląda z delikatnym, letnim makijażem. Tinty kojarzą mi się głównie z wysuszaniem ust. Bohaterka postu tego nie robi, po całym dniu stosowania usta wyglądają zdrowo, są nawilżone i odżywione. Samo nazwanie tego produktu tintem, wydaje mi się trochę nie trafione – nie jest tak trwały i tak intensywny jak sugeruje nazwa.

Polecam pomadkę Be Beauty, ponieważ za niską cenę otrzymujemy dobry jakościowo i wdzięczny w użyciu produkt, którego lekka formuła jest w sam raz na lato.




















A Wy, też się skusiłyście na tą pomadkę? 
Lubicie kolorówkę Be Beauty?

pozdrawiam, Dos.