sobota, 6 września 2014

Ostatnio na paznokciach: Sally Hansen Complete Salon Manicure, Astor Perfect Stay, Eveline Minimax

W ostatnim wpisie pokazywałam Wam moje nowości kosmetyczne, a pośród nich trzy lakiery. 
Dziś zobaczycie je na paznokciach. Jak zwykle w moich postach paznokciowych, będzie szybko i treściwie.

Sally Hansen Complete Salon Manicure 640 Plum Luck






















Sally Hansen Complete Salon Manicure 640 Plum Luck urzekł mnie swoim dość ciemnym śliwkowym kolorem. Buteleczka ma pojemność 14,7 ml. Kupiłam ją w drogerii internetowej w cenie 9 zł. 
Lakier wyposażony jest w płaski, szeroki pędzelek, który pozwala szybko i ładnie nałożyć emalię. Konsystencja SH jest prawidłowa, nie gęsta ani rzadka, idealna przy nakładaniu. 
Do pełnego krycia potrzeba dwóch warstw. Trwałość to 2-3 dni, bez odprysków.

Astor Perfect Stay 307 Red my mood























Na zdjęciu powyżej widzicie Astor Perfect Stay 307 Red my mood. Lakier o pojemności 12 ml kosztował 8 zł. Astor to firma, która zawodzi mnie przy każdym zakupie. 
Lakier ma piękny bordowy kolor, ale jego jakość jest słabiutka. Mój egzemplarz wyposażony jest w gruby, źle wycięty i krzywy pędzelek, który utrudnia nakładanie emalii. 
Lakier tworzy smugi i trudno go prawidłowo rozprowadzić, mimo że konsystencję na prawidłową. Zapewnienia producenta o wysokiej trwałości produktu u mnie się nie sprawdzają. Zamiast obiecanych 10 dni, lakier utrzymuje się 2-3 dni.

Eveline Minimax 688




















Ostatnim bohaterem dzisiejszego wpisu jest Eveline Minimax 688, w kolorze ciemnej, krwistej czerwieni. Lakier kupiłam w Rossmannie, w cenie ok. 6 zł za 5 ml. 
Emalię aplikuje się bardzo dobrze i nie pozostawia smug. Ma przyjemną konsystencję i wygodny w użyciu pędzelek. Do pełnego krycia potrzeba dwóch warstw. 
Trwałość identyczna jak u poprzedników – do trzech dni.

Wszystkie trzy lakiery kupiłam z myślą o nadchodzącej jesieni. 
Powoli chowam jasne, intensywne kolory i zastępuję je ciemniejszymi emaliami.
A Wy? Robicie jesienne zakupy lakierowe?  



wtorek, 2 września 2014

Nowości, zakupy, prezenty




















W ciągu ostatnich dwóch tygodni pojawiło się w mojej kosmetyczce trochę nowości, którymi dziś się pochwalę.


Przede wszystkim, po miesiącach przemyśleń, kupiłam słynny Tangle Teezer. Oczywiście w kolorze różowym! Po kilku użyciach mogę napisać, że to był trafiony zakup.
























Jesień już blisko, dlatego postanowiłam uzupełnić swoją kolekcję lakierów o stonowane ciemne czerwienie i fiolety. Od lewej: Eveline Minimax 688, Astor Perfect Stay 307 Red my mood, Sally Hansen Complete Salon Manicure 640 Plum Luck. Niebawem zobaczycie je na moich paznokciach.



















Po mojej nieciekawej przygodzie z Seche Vite, tym razem postawiłam na Insta-Dri Sally Hansen.




















Moja kolorówka wzbogaciła się o kolejny cień. Podczas promocji w Drogerii Natura, kupiłam Pierre Rene w kolorze 89 Passion.




















W prezencie dostałam paczuszkę z kosmetykami z Avonu, a w niej perfumy Outspoken Fresh by Fergie, dwufazowy olejek w sprayu i regenerująco-odżywcze masło do ciała. Muszę przyznać ze zapach Outspoken bardzo mi się spodobał i być może pojawi się o nim oddzielny wpis.Olejek w sprayu trochę niepokoi alkoholem w składzie. Nie spodziewam się spektakularnych efektów, ale lubię takie kosmetyczne gadżety.
Masło pięknie pachnie i chętnie wykorzystam w zimie.


I to by było na tyle nowości. A Wy macie już za sobą pierwsze jesienne zakupy?

sobota, 30 sierpnia 2014

I po wakacjach... Czas na kominek i woski

Szkołę skończyłam już dawno, ale mimo wszystko koniec sierpnia i początek września jest dla mnie specyficznym, nostalgicznym momentem. Lato żegnam zawsze ze smutkiem. Uwielbiam wysokie temperatury, długie dni i krótkie noce. Podczas tegorocznych wakacji odpoczęłam, wygrzałam się na słońcu i naładowałam baterie na cały rok. Mam nadzieję, że wam też udało się skorzystać z pięknej pogody.

Niestety, idzie jesień.  Noce są coraz dłuższe, wieczory i poranki chłodne, a to znak, że pora rozpocząć sezon kominkowo – świeczkowy. Ostatnio, głęboko w szafie dokopałam się do trzech wosków. 
Jeden z nich to Yankee Candle o zapachu Fruit Fusion, dwa pozostałe to podróbki YC - Janke Candle Cotton Fresh i Water Melon .
Janke Candle



















Zapach Fruit Fusion jest intensywny owocowy, świeży ze słodką nutą. Według producenta to zapach świeżych owoców, truskawki, soczystej limonki i pomarańczy  Muszę przyznać, że to najładniej i najmocniej pachnący wosk, który posiadałam. Tarta YC ma 22 gramy i kosztuje ok. 7-9 złotych. Ma wystarczyć na 8 godzin palenia, według mnie pachnie nieco krócej.

Woski Janke Candle to typowe podróbki: łudząco podobna nazwa, kształt i zapachy. Tym co odróżnia JC od YC jest przede wszystkim cena. JC możemy kupić już za 1,5 zł. Są również zdecydowanie mniejsze.










































Janke Candle, tak jak oryginały dobrze się rozpuszczają, ale są mniej kruche. Ich zapachy są nieco mniej intensywne i szybciej się wypalają. Cotton Fresh miałam okazję używać i nie polecam, ponieważ jest praktycznie nie wyczuwalny. Zdecydowanie mocniej pachnie Water Melon, owocowo i świeżo.

Do wosków Yankee Candle podchodzę z rezerwą. Uważam że są drogie, ich zapach często nie jest tak intensywny jak chciałabym i szybko się wypalają. Janke Candle warto wypróbować ze względu na niską cenę, ale nie oczekujcie spektakularnych efektów.

Nie jestem woskomaniaczką. 
Do kominka znacznie częściej wkraplam olejki zapachowe. A Wy?

pozdrawiam,
Dos,





czwartek, 21 sierpnia 2014

Mała wielka pielęgnacja mydłem Tołpa.

Używacie mydeł w kostce? Ja, przez wiele lat, nie miałam z nimi nic wspólnego (nie licząc mycia rąkJ). Do czasu kiedy kupiłam sobie mydło z Aleppo. To był moment, w którym zrozumiałam, że mydło w kostce nie jest tożsame z żelem pod prysznic. To zupełnie inne produkty i innych właściwości od nich oczekuję. Mydło, dla mnie, ma przede wszystkim oczyszczać. Nie musi ładnie pachnieć, pienić się czy pozostawiać aksamitnej w dotyku skórę.




















Mydła borowinowe Tołpy kupiłam korzystając z promocji w Rossmanie. Zapłaciłam ok. 6,50 zł za sztukę. Zdecydowałam się na obie wersie zapachowe: Harmony i Anti Stress. 
Mydełka spodobały mi się wizualnie. Zapakowane w papierowe opakowanie kwadratowe kostki mają naturalny kolor i zostały opatrzone hasłem "mała wielka pielęgnacja".




















Mydło borowinowe do odnowy biologicznej, według producenta, ma za zadanie poprawić samopoczucie i zapewnić odnowę biologiczną. Oczyścić, zregenerować skórę, wygładzić i nawilżyć skórę. Produkty polecane są w stanach napięcia i zmęczenia oraz w obniżonym nastroju.

Fioletowa wersja - harmony - w składzie posiada naturalne olejki eteryczne z drzewa różanego, ylang-ylang, szałwii i bergamotki. Jej zapach określiłabym jako ziołowy i słodki.                                                               Zielona wersja - anti stress - zawiera olejki eteryczne z lawendy, geranium, petitgrain i szałwii. Zapach jest również ziołowy, ale nie słodki, a pikantny i ostry. 

Mydła mają całkiem dobry skład. Nie posiadają sztucznych barwników, sls, silikonów, oleju parafinowego i konserwantów.
Tołpa mydło borowinowe do odnowy biologicznej. Harmony.

Przyznam, że kostek używa się bardzo przyjemnie. Są miękkie i dobrze się pienią, dzięki czemu łatwo rozprowadzają się po skórze.Używam ich do mycia ciała, twarz omijam. 
Ich zapach, podczas mycia, jest dość intensywny, ale szybko ulatuje. W przypadku tak specyficznej woni, jest to dla mnie plus, bo może drażnić na dłuższą metę.
Produkty Tołpy dobrze oczyszczają skórę. Po myciu mam wrażenie delikatnie szorstkiej i ściągniętej skóry. Taki efekt lubię, bo mam poczucie, że się porządnie umyłamJ Nie obawiam się przesuszenia, bo mydeł używam naprzemiennie z innymi produktami.
Jestem zadowolona z mydeł Tołpy. Faktycznie, ich zapach podczas mycia odpręża i relaksuje, chociaż nie nazwałabym tego odnową biologiczną. Produkt spełnia swoje zadania, bo oczyszcza skórę. 


Serdecznie polecam! 
Ale przed zakupem powąchaj, bo zapach jest dość specyficzny i może się nie spodobać.


pozdrawiam,
Dos.

piątek, 15 sierpnia 2014

Moje mieszane uczucia do Seche Vite

Seche Vite to jeden z wielu kosmetyków, które poznałam i kupiłam dzięki czytaniu blogów. Dziś chciałabym podzielić się z Wami opinią na temat tego produktu, a moje uczucia są różne: trochę go kocham, trochę nienawidzę.




















Na początek kilka podstawowych informacji. Seche Vite to szybkoschnący lakier ochronny. Producent zapewnia, że formuła produktu przenika przez wszystkie warstwy manikiuru i błyskawicznie je wysusza, tworząc wytrzymałą warstwę ochronną o wysokim połysku.


Na zdjęciach widzicie miniaturową wersję o pojemności 3,6 ml, produkt pełnowymiarowy ma 14 ml. 
Seche Vite możemy zakupić w drogeriach internetowych i bardziej postępowych sklepach stacjonarnych. Cena małego opakowania to 7-8 zł, dużego 20-25 zł.



Jak na top przystało, produkt jest przeźroczysty. Po otworzeniu butelki możemy poczuć jego intensywny chemiczny zapach, który na szczęście, szybko ulatuje.

Tym, co nie odpowiada mi w tym produkcie, jest konsystencja. Od pierwszego użycia jest dosyć gęsty
a przy każdym kolejnym otwarciu butelki konsystencja się pogarsza. Emalię coraz trudniej gładko 
i równomiernie nałożyć na płytkę paznokcia. W pewnym momencie z ciągnącego się płynu zaczęło powstawać coś w rodzaju nitek, które przyklejały się do mokrego lakieru, rąk i ubrania.

Kolejna rzecz, która jest dla mnie uporczywa, to duża różnica w wyglądzie manicure, przed i po użyciu produktu. Niedokładnie nałożony top bardzo widocznie odznacza się, szczególnie w górnej części paznokcia i po bokach. Potrafi również ściągnąć lakier.




















Nakładanie SV nie należy do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych, a jak działa? Bardzo dobrze!
Nie mierzyłam dokładnie czasu, ale po nałożeniu Seche wysusza lakier niesłychanie szybko. Nawet 
trzy warstwy kapryśnej emalii zastygają chwilę.

Produkt daje piękne wykończenie manicure - kolor jest znacznie bardziej błyszczący i wygładzony.
W przypadku trwałości, to u mnie standardowo lakiery trzymają się 2-3 dni i SV nic w tej kwestii nie zmienił. Niestety kiedy jest gęsty i nakładam go dużo, to potrafi skrócić trwałość bazowej emalii.

Seche Vite  kocham za właściwości przyspieszające wysychanie, nienawidzę za konsystencję. Czy kupię kolejne opakowanie? Pewnie tak, chociaż czasem tracę do niego cierpliwość.

Używałyście Seche Vite? 
Co o nim sądzicie?
pozdrawiam,
Dos.






wtorek, 12 sierpnia 2014

Czasem rzeczy się psują



Czasem rzeczy się psują i wtedy przydaje się tzw. męska ręka. Niestety męska ręka często jest leniwa 
o czym mogłam się ostatnio przekonać.

Mam szufladę. Nie byle jaka, wyjątkowa, z frontem odpadającym za każdym razem kiedy próbuję 
ją otworzyć. I tak męczę się z nią, a M. siedzi i obserwuje.

M: Ale fajną masz szufladę!
Dos.: A jakiego fajnego faceta, który widzi i nie reaguje.
M: Ale ja widzę to dopiero drugi raz!
Dos.: A ile razy musisz to zobaczyć żeby naprawić?
M: Trzy!


Chciałabym myśleć, że M. w tym czasie snuje wizje naprawy mebla, robi projekt, kompletuje narzędzia, 
ale jestem realistką i wiem, że mu się zwyczajnie nie chce. 

Na szczęście przyszedł ten lepszy dzień i szuflada doczekała się naprawienia, a ja pomyślałam, że dobrze mieć mężczyznę w domu:)

pozdrawiam,
Dos.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Koszulki za 20 złotych czyli letnie wyprzedaże




















T-shirty są, w szafie mojej i M., podstawą. Niestety, ich jakość zwykle jest kiepska i świadomość tego, 
nie pozwala mi wydać 50 złotych na zwykłą bluzkę z krótkim rękawem, więc z niecierpliwością czekam 
na obniżki.
Jeszcze tego o mnie nie wiecie, ale lubię stawiać sobie przeróżne wyzwania. W zeszłym tygodniu będąc na zakupach, obmyśliłam plan kupienia kilku koszulek, każda do 20 złotych. Tym sposobem, w ciągu 2 godzin, wyszperałam 8 t-shirtów (3 damskie, 5 męskich) , uznałam to za sukces i postanowiłam się z Wami podzielić zdjęciami moich łupów J

Odwiedziłam sklep Stradivarius, tam w oko wpadła mi szeroka biała koszulka z logo sklepu. Cena 19,99 zł.
Byłam też w Orsay. To sklep do którego rzadko chodzę, bo mam wrażenie, że ich ubrania są za klasyczne dla mnie, ale dziwnym trafem, jak już tam jestem, to wypatrzę jakąś bluzkę idealną do pracy J Tym razem znalazłam dwie:

łososiową, luźną bluzkę w serek. Cena 20 zł.



















i kremową, przylegającą do ciała, z delikatnym zdobieniem wokół szyi. Jest dosyć długa, 
sięga mi za pośladki. Cena 20 zł.



















Męskie koszulki kupiłam w Medicine, Reserved i House. W Medicine zauroczyła mnie zielona koszulka, 
a właściwie jej napis;) cena 19,90 zł 
























W tym sklepie znalazłam też szary t-shirt. Oczywiście w cenie 19,90 zł.



















W Reserved długo szukałam czegoś taniego i niewyglądającego jak pidżama. Udało mi się znaleźć dwie koszulki granatową i kremową. Każda z nich kosztowała 19,99 zł.





















Ostatni nabytek pochodzi z House, to kremowa koszulka z kolorowym napisem. Cena 19,99 zł.




















Czas wyprzedaży, jest dla mnie świetnym pretekstem do kupienia potrzebnych rzeczy po obniżonej cenie. Tak, potrzebnych, bo nie należę do przecenowych maniaków, którzy kupują co w ręce wpadnie, tylko dlatego, że jest tanio. Latem na przecenach kupuję wiele ubrań, a w tym roku, dzięki upalnej pogodzie, 
dużo fajnych egzemplarzy uchowało się do ostatecznych przecen J  


Zakupy na wyprzedażach sprawiają mi ogromną przyjemność. Też tak macie?
 Łowcy okazji łączmy się!






wtorek, 5 sierpnia 2014

Ostatnio na paznokciach: W7, Wibo, Lovely

Zapraszam na post o lakierach, które ostatnio gościły na moich paznokciach.
Niedawno kupiłam swój pierwszy lakier W7. Nabyłam go stacjonarnie w sklepie Super Shop. 
[dla zainteresowanych: sklep mieści się w Lublinie, w Galerii Lubelskiej. Fajny punkt, z tanią, zagraniczną chemią. Mają w ofercie trochę kosmetyków i dość tanie świeczki zapachowe. Warto zajrzeć] 
Za butelkę o pojemności 15 ml zapłaciłam niewiele, bo tylko 7 zł. Kolor - 66 Chiffon, to delikatny blady róż. 




















Lakier jest transparentny, na zdjęciu widzicie paznokcie pomalowane trzema warstwami emalii, a mimo to nadal nie jest to pełne krycie. W7 ma odpowiednią konsystencję, nie jest rzadki, ani gęsty. Zgrabny pędzelek ułatwia aplikację. Lakier rozprowadza się dobrze, ale bardzo łatwo tworzy smugi. Spodziewałam się tego, bo z tak delikatnymi kolorami zwykle trudno się pracuje. Na moich paznokciach utrzymuje się 2-3 dni.
W7 spełnił moje oczekiwania, jest delikatnym i eleganckim lakierem, odpowiednim na „służbowe okazje”. Może się również sprawdzić jako baza pod zdobienia. Nie jestem w tym dobra, ale pokusiłam się o coś 
w rodzaju czarnego french manicure. 


Paski zostały zrobione moim ulubieńcem od Wibo, z serii Extreme Nails, o którym pisałam w poście ”Czarno to widzę”. Takie paznokcie bardzo mi się spodobały i z pewnością powtórzę to manicureJ

Lakiery Wibo wykorzystałam również w trójkolorowym zestawie, który widzicie poniżej.




















Biały, z serii Extreme Nails (nr 25) kupiłam tej wiosny w Rossmannie, w cenie ok. 5-6 zł. Butelka 
ma pojemność 8,5 ml. Lakier ma dobrą konsystencję i wygodny, cienki pędzelek. Emalię aplikuje się przyjemnie, ale trzeba uważać na smugi. Do całkowitego krycia potrzeba dwóch warstw. Jego trwałość 
to 2-3 dni bez uszczerbku.
Biel na paznokciach lubię, ale podchodzę do niej z ostrożnością i używam zwykle w zestawieniu z innymi kolorami. Lakier Wibo mogę polecić ze względu na dobre krycie i łatwą aplikację.
Na zdjęciu widzicie także miętowy Lovely Gloss Like Gel o numerze 110. Kupiłam go w zeszłym roku, 
w Rossmannie, w cenie ok. 6 zł. Pojemność produktu to 8 ml. Lakier zaopatrzony jest w wygodny, ale duży pędzelek. Do ładnego pokrycia płytki potrzeba dwóch warstw emalii. Lovely jest dość gęsty, co utrudnia jego równomierną aplikację.
Bardzo podoba mi się kolor lakieru - spokojny, miętowy. W butelce widać drobinki brokatu, 
ale po nałożeniu na paznokcie, są praktycznie niezauważalne. Producent zapewnia o wysokim połysku, 
ja nie zauważyłam tego efektu. Zawiodła mnie trwałość produktu. Bez odprysków lakier utrzymuje się jeden, maksymalnie dwa dni i dlatego bardzo rzadko go używam.


Znacie lakiery W7? A może miałyście jakieś inne produkty tej firmy?

pozdrawiam,
Dos.

czwartek, 31 lipca 2014

Zieleń, cisza i spokój




















Mam to szczęście, że dzieciństwo spędziłam na wsi i jeszcze większe szczęście, że stuletni dom w którym się wychowałam dalej stoi i często do niego wracam. To mój sposób na odcięcie od codzienności. 
Takie odcięcie, którego nie osiągnę w swoim mieszkaniu, nawet jeśli się w nim zabarykaduję. Nie odnajdę go wyłączając komputer, telefon i telewizor. Nie uda mi się to, nawet podczas wakacji nad morzem 
czy w górach.

Na wsi znajduję ten rodzaj spokoju, którego źródłem jest cisza, świeże powietrze, ale przede wszystkim wspomnienia cudownie spędzonych lat.

Chociaż jestem bardzo blisko, czuję jakbym była na drugim końcu świata i uwielbiam to uczucie.

W tym miejscu życie wydaje się łatwiejsze, a problemy mniejsze. Tu nie mam tzw. „weny”, 
nie snuję planów, nie rozmyślam. Wyłączam się. 






















Macie, tak jak ja, swoją pustelnię? Lubicie się resetować?
pozdrawiam, Dos.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Pierwsze wrażenie: Siquens Prevention, Siquens MedExpert

Kontynuując temat moich nowości pielęgnacyjnych, zapraszam na post o dwóch kremach marki Siquens.

W notce o Dermice wspomniałam, że korzystając z promocji w Superpharm postanowiłam zmienić swoją pielęgnacyjną rutynę. Prócz Meritum, w moim koszyku wylądowały produkty Siquenskrem na noc z serii Prevention i krem przeciwko niedoskonałościom skóry z serii MedExpert.




















Krem na noc Siquens Prevention, jak informuje producent, zapobiega procesom starzenia się skóry. Ma za zadanie intensywnie odżywić skórę, zlikwidować oznaki zmęczenia i korygować zmarszczki mimiczne. Jest przeznaczony do każdego rodzaju cery.
Cena 50 ml opakowania kremu kształtuje się w granicach od 35 do 60 zł w zależności od apteki (produkty tej marki, dostępne są jedynie w aptekach). Ja za swój egzemplarz zapłaciłam 27,49 zł. 




















Pierwsze na co zwracam uwagę, podczas zakupów opakowanie. Siquens ma czarno-białą szatę graficzną z drobnymi elementami kolorystycznymi, które mają na celu odróżnienie poszczególnych serii. Sam słoiczek Siquens jest zrobiony z ciężkiego plastiku, imitującego szkło. Z racji swoich dużych rozmiarów jest dla mnie niewygodny w trzymaniu.




















Skład: aqua, ceteryl ethylhexanoate, cyclopentasiloxane, cetyl alcohol, alcohol/onopordum acanthium flower/leaf/stem extract, glycerin, propylene glycol/glycerin/hydrolyzed caesalpinia spinosa gum, makadamia interfolia seed oil/tocopherol, glyceryl stearate citrate, dimethicone, panthenol, glycerin/butylene glycol/carbomer/polisorbate 20/palmitoyl oligopeptide/ palmitoyl tetrapeptide-7, propylene glycol,/sodium hyaluronate, askorbyl tetraisopalmitate, polyacrylamide/hydrogenated polydecene/laureth-7, retinylpalmitate, disodium edta, tocopherol, benzyl alkohol/methylchloroisothiazolinone/methylisothiazolinone, lactic acid, bha, parfum/benzyl salicylate.

Krem ma kolor naturalnego jogurtu i intensywny zapach, który po nałożeniu na twarz szybko ulatuje. Nie jestem zadowolona z konsystencji produktu, ponieważ krem jest bardzo rzadki. Przy pierwszym użyciu słoiczek wypadł mi z ręki i krem wylądował w umywalce, a że jestem oszczędna, to zebrałam go z umywalki i wrzuciłam  z powrotem  do opakowania, ale niesmak pozostał;)
Aplikacja Siquens przebiega sprawnie, z racji swojej wodnistej formuły, krem dość szybko się wchłania, pozostawiając na twarzy delikatny film. Po kilku użyciach mogę stwierdzić, że rano moja twarz na jednolity koloryt, wygląda na wypoczętą, nie odczuwam ściągnięcia skóry. Mam nadzieję że przy dalszym stosowaniu taki efekt będzie się utrzymywał. Właściwości przeciwzmarszczkowe ocenię po zakończeniu opakowania.

Na koniec zostawiłam moje największe odkrycie - Siquens MedExpert krem przeciwko niedoskonałościom skóry. Jak informuje producent, produkt ma za zadanie redukować niedoskonałości 
i zwalczać przyczyny ich powstania. Zalecany osobom ze skłonnością do krostek, zaskórników i innych niedoskonałości, można go stosować zarówno na dzień, jak i na noc.  

Opakowanie zawierające 30 ml kremu kosztowało mnie 15 zł. W aptekach internetowych produkt 
jest dostępny w przedziale cenowym 20-35 zł.
Krem znajduje się w tubce, dzięki temu możemy aplikować nawet niewielką ilość kremu, sprawdza się 
to w punktowym stosowaniu.  Krem jest gęstszy od wcześniej opisywanego Prevention, ale podobnie łatwo się rozprowadza i szybko wchłania.




















Skład: Aqua, Cetearyl Ethylhexanoate, Cyclopentasiloxane, Cetyl Alcohol, Isohexadecane, Butylene Glycol / Alomnd Oil PEG-6-Esters / Caprylyl Glycol / Glycerin / Carbomer / Nordihydroguaiaretic Acid / Oleanolic Acid, Butylene Glycol / Enantia Chlorantha Bark Extract / Oleanolic Acid, Glycerin, Propylene Glycol / Glycerin / Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa Gum / Caesalpinia Spinosa Gum, Macadamia Integrifolia Seed Oil / Tocopherol, Polyacrylamide / Hydrogenated Polydecene / Laureth-7, Glyceryl Stearate Citrate, Stearyl Alcohol, Magnesium Aspartate / Zinc Gluconate / Copper Gluconate / Calcium Gluconate, Dimethicone, Tocopherol, Disodium EDTA, Benzyl Alcohol / Methylchloroisothiazolinone / Methylisothiazolinone, Lactic Acid, Parfum / Benzyl Salicylate, BHA 

Zdecydowałam się na zakup tego kremu, ze względu na często pojawiające się krostki na czole i brodzie. Nie są to poważne problemy skórne, ale bywają uporczywe i nieestetyczne wyglądają.
Dotychczas kremu używałam punktowo, na noc. Muszę przyznać, że już po pierwszym użyciu widziałam redukcję krostek. Po 3 zastosowaniach czoło mam wygładzone, niedoskonałości są prawie niewidoczne
a przy tym nie zauważyłam przesuszenia skóry. Produkt zamierzam stosować awaryjnie, w przypadku pojawienia się „nieprzyjaciół”J

Przyznam, że zakupione kremy Siquens zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie i mam nadzieję, że dalej będą się dobrze sprawdzać.
Czy drastyczna zmiana kremów do pielęgnacji twarzy wyjdzie mi na dobre? To się okaże za kilka miesięcy.





















Używałyście kosmetyków Siquens? 

pozdrawiam,
Dos.

piątek, 25 lipca 2014

Pierwsze wrażenie: Dermika Meritum krem nawilżająco-matujący z optycznym reduktorem połysku skóry

Dłuższy czas planowałam zmianę kremów do pielęgnacji twarzy. Kilka lat byłam wierna firmom Olay i Alterra, ale moja cera już się do nich przyzwyczaiła albo stała się bardziej problematyczna i przestałam widzieć efekty. Skuszona promocjami w Superpharm zakupiłam trzy, nieznane mi wcześniej, kremy. Jestem po kilku dniach używania i chciałabym podzielić się z Wami moim pierwszym, dość mieszanym, wrażeniem. Dziś post o kremie Dermika z serii Meritum.




















Dermika jest jedną z tych firm kosmetycznych, o których jest bardzo cicho. Niby widuję jej produkty 
w drogeriach, chociażby w Rossmannie, ale prawdę mówiąc ich wysoka cena (jak na kosmetyki rossmannowe) i brak opinii na temat działania, skutecznie mnie zniechęcały do zakupu.

Nawilżająco-matujący krem Dermiki jest przeznaczony dla cery normalnej i mieszanej ze skłonnością 
do świecenia w strefie T. Możemy go stosować zarówno na dzień jaki i na noc. Producent informuje, 
że krem zawiera: 
- optyczny regulator połysku skóry, którego cząsteczki pochłaniają nadmiar sebum,
- wyciąg z lotosu, 
- składniki NMF zwiększające zawartość wody w naskórku i zapobiegające jego odwodnieniu.
Krem ma za zadanie pielęgnować i nawilżać cerę, dając matujący efekt w obszarach z tendencją 
do świecenia się. 

Swój egzemplarz Dermiki kupiłam za 19,90 zł. Regularna cena kremu w sklepach stacjonarnych, kształtuje się w granicach 40-60 zł, w Internecie jest do zdobycia już za 30-40 zł.
Tym co spodobało mi się od razu, jest opakowanie. Krem kupujemy w zafoliowanym kartoniku o bardzo klasycznej i prostej grafice. W środku oprócz produktu znajdujemy ulotkę z opisem całej serii Meritum. Słoiczek, w którym znajduje się krem jest szklany, masywny, a przy tym elegancki.






































Skład: aqua, cetyl alcohol, glycerin, macadamia integrifolia seed oil, propylene glycol dicaprylatae/dicaprate, ceteareth-25, peg-4 olivate, vitis vinifera seed oil, methyl methacrylate crosspolymer, propylene glycol, caprylic/capric trigyceride, glyceryl polymethacrylate, persea gratissima oil, phytosterols, olea europaea fruit oil, nelumbo nucifera flower extract, butylene glycol, dimethicone, tocopheryl, acetate, aleuritic acid, laminaria ochroleuca, extract, yeast extract, glycoproteins, ascorbyl palmitate, tocopherol, ascorbic acid, citric acid, peg-8, carbomer, disodium edta, triethanolamine, methylparaben, propylparaben, diazolidinyl urea, parfum, benzyl salicylate, geraniol, hexyl cinnamal, hydroxycitronellal, buthylphenyl, methylpropional, limonene, linalool, hydroxyisohexyl 3-cyclohexene carboxaldehyde

Krem Dermika Meritum jest gęsty i niewiele go potrzeba do pokrycia twarzy, wydaje się wydajny. Zapach ma delikatny i szybko wietrzeje na skórze, co uważam za plus.
Dermikę stosuję na dzień, pod makijaż. Co mogę napisać po kilku użyciach? Rozprowadza się dobrze 
i przyzwoicie wchłania. Po użyciu kremu nie mam problemu z nałożeniem czy rolowaniem podkładu.
Działania nawilżającego jeszcze nie zauważyłam, przesuszenia też nie czuję, ale zwróciłam uwagę, 
że po demakijażu moja skóra jest napięta bardziej niż zwykle. W dłuższej perspektywie okaże się, czy to nie jest oznaka wysuszania.
Jeśli chodzi o właściwości matujące, to na razie, nie jestem z nich zadowolona. Na krem nakładam Rimmel Lasting Finish, po którym moja twarz świeci się okropnie. Dermika daje sobie radę z podkładem 
ok. 2 godziny, potem skóra zaczyna błyszczeć. W kolejnych dniach wypróbuję inne podkłady i sprawdzę efekty.

Oczywiście jest jeszcze za wcześnie żebym mogła polecić czy odradzić krem Dermiki. Dzisiejszy wpis traktuję jako wstęp do pełnej recenzji, która pojawi się za kilka miesięcy.
 Swoją drogą, lubicie notki typu „pierwsze wrażenie”? Ja lubię je czytać, a  potem kontrastować 
z ostateczną opiniąJ
A może używałyście kremu Dermiki?

W poniedziałek zapraszam na wpis o moich nowościach z Siquens.




















pozdrawiam,
Dos.